Zobaczyc_cos_czego_nie_ma
Newsletter
Odrzucana plastyczność prozy
Dziś będę pisał o plastyczności naszych tekstów. Pisałem już o tym zagadnieniu w newsletterze kilkukrotnie, ale myślę, że to temat rzeka, więc warto do niego wracać. Piszę o tym dlatego, bo w trakcie jednej z ostatnich konsultacji 1×1, które prowadzę, znów spotkałem się ze stwierdzeniem, że plastyczność to zbędne ilustrowanie świata, o którym piszemy. Lepiej pisać o „ważnych” rzeczach.
Nie jest to odosobniona opinia: wiele razy się z nią spotkałem. Zatem sprawa wygląda dokładnie tak jak w słynnym eseju Flannery O’Connor „Natura i cel prozy literackiej”. Amerykańska autorka mówi tam wprost: „Świat prozaika wypełnia materia, a właśnie jej nie cierpią początkujący prozaicy. Obchodzą ich głównie bezcielesne idee i uczucia”.
Po wczorajszej konsultacji postanowiłem więc wrócić do tego zagadnienia jeszcze raz. Poniżej wklejam krótki fragment książki Herty Müller „Dziś wolałabym siebie nie spotkać” w tłumaczeniu Katarzyny Leszczyńskiej. To książka wybitna. Przede wszystkim jednak ma bardzo oszczędny, a przy swojej oszczędności – bardzo plastyczny język. Najpierw przeczytajcie pierwszą stronę.
Zatem.
Na czym polega plastyczność u Müller?
Pierwszy akapit to właściwie dwa zdania.
Pisze:
„Zostałam wezwana czwartek, punkt dziesiąta”.
Nie wiemy, dokąd została wezwana, ale w tym zdaniu wybrzmiewa już dokładna godzina i dzień. Niby mało, ale jak sami przyznacie, atmosfera jest.
Drugi akapit jest pogłębieniem pierwszego akapitu. Narratorka informuje nas, że jest wzywana coraz częściej. „Wtorek punkt dziesiąta, sobota punkt dziesiąta, środa albo poniedziałek. Jakby lata były tygodniem”. Dalej pisze „[…] zaczyna mnie już dziwić, że po późnym lecie tak prędko nadchodzi zima”.
Jest to wspaniały rodzaj opisu, bo uzmysławia głęboki sens opresywności tych wezwań – ich okrucieństwo. Czytając to doświadczamy nagle, że te wezwania przerywają życie bohaterki sprawiając, że mieszają się jej dni i miesiące. Czy to nie jest właśnie plastyczne oddanie stanu bohaterki?
Trzeci akapit jest jednak zupełnie innym rodzajem plastycznego opisu. Jeżeli pierwszy i drugi akapit dotyczą czegoś abstrakcyjnego – przymusowych wezwań, to trzeci akapit od razu sytuuje nas w świecie materialnym.
W tym trzecim akapicie mamy więc tramwaj, przy którym zwisają krzaki z białymi jagodami. Są one „jak guziki z masy perłowej, przyszyte od spodu, być może aż do głębi ziemi albo jak kulki z chleba”. Są jeszcze „[…] białe głowy ptaków z wykręconymi dziobami, choć na to jagody są o wiele za małe. Mimo to nie mogę przestać myśleć o białych głowach ptaków”.
Zwróćcie uwagę, z jaką niewymuszoną pieczołowitością Müller pozwala nam zobaczyć te krzewy. Wydaje się, że zagłębiamy się w ten krzew, ale przecież on działa tu trochę inaczej. Czytamy więc o krzewie, ale nasza myśl ucieka od kolejnych wezwań, nagle lewituje gdzieś w świecie ptaków i guzików z masy perłowej. Müller pokazuje nam więc fragment płotu przy przystanku tramwajowym, ale fragment ten opowiada nam nie tyle o tym, co jest na przystanku, ile o tym dokąd ucieka myśl bohaterki jadącej tramwajem.
I dalej rysuje konkretną scenę, w której bohaterka przepuszcza przy wsiadaniu starszego mężczyznę w kapeluszu. On już stał na przystanku. Nie jest niedołężny, ale chudy jak własny cień – pisze Müller.
Müller pozwala nam zobaczyć tego mężczyznę dokładnie: jest „przygarbiony i szary. W spodniach nie ma tyłka, bioder, tylko kolana są wypchane. Ale skoro musi spluwać na ziemię właśnie teraz, kiedy otwierają się drzwi, wsiądę jednak przed nim”.
Te cztery akapity pokazują nam różne oblicza plastycznego opisu świata.
Pierwsze dwa to opis wezwań, ale tak naprawdę opis koszmaru kogoś, kto jest wzywany przymusowo.
Trzeci akapit to piękny, plastyczny opis przenoszenia się zmysłowego gdzieś, gdzie jesteśmy bezpieczni. Może do własnego wnętrza? Być może, ale nic o wnętrzu tu nie ma – jest tylko to, co widać na przystanku.
Czwarty to opis człowieka. Pogłębiony, choć człowiek ten nie odegra żadnej roli w dalszej części książki.
Ale może był potrzebny, żebyśmy zobaczyli samotność bohaterki.
Co to oznacza?
Wracając do początku naszego tekstu, a więc do zagadnienia plastyczności, możemy powiedzieć, że Müller nie musiała opisywać „usilnie” wnętrz, wyglądu bohaterki czy ulicy, tylko po to, żeby ugruntować nam przedstawiony świat. Użyła natomiast kilku momentów opisowych, żeby oddać „stan wewnętrzny bohaterki” i zintensyfikować nam – osobom czytającym doświadczenie bycia w jej skórze.
Zatem plastyczność nie do końca służy temu, żeby odzwierciedlić świat. Bardziej chodzi tutaj o to, żeby można było plastycznie opowiadać o sprawach ważnych dla opowieści, choćby były to wewnętrzne doświadczenia.
Podsumowując – w dobrej prozie obraz/ plastyczny opis nie jest dekoracją.
[Herta Muller „Dziś wolałabym siebie nie spotkać”, przeł. K. Leszczyńska, Czarne 2009
Flannery O’Connor „Misterium i maniery” przeł. M. Kłobukowski, Karakter 2020