To nie my piszemy
Newsletter
To nie my piszemy
Wyobraźmy sobie sytuację, w której coś piszemy. Może to być esej albo proza, a nasze pisanie jest żmudne i powolne. Posuwamy się słowo po słowie, zdanie po zdaniu, przedzierając się z coraz mniejszą nadzieją. Gdzie jest koniec? Dokąd zmierzamy? Miało przecież być tak pięknie, miało płynąć, a nie płynie. Miało się to „coś”, po co piszemy, spełnić w tekście, ale gdzieś po drodze to „coś” nam umknęło i już nie wiemy, dokąd idziemy. Zostało tylko zapełnianie kartek, stawianie liter i słów, za którymi nic się nie kryje.
Znam to uczucie bardzo dobrze. Niejeden raz zaczynałem pisać z mocą, dzięki której słowa niemal same się układały, ale potem coś gasło, siła się wyczerpywała, i dalej pisałem już tylko po to, żeby pisać, samemu nie wierząc w to, co robię. Czasem takie pisanie ciągnę dalej, choć czuję, że jest pozbawione energii. Piszę więc tylko po to, żeby skończyć jakiś fragment: pierwszy szkic eseju, rozdział książki albo choćby jeden akapit. Ale w głębi duszy czuję, że tekst się nie spina, nie układa, nie jest tym, czym miał być. Niby jest, ale brakuje tego dodatkowego „czegoś”, co nadaje sens.
Najgorsza jest frustracja. Trudno przez nią spojrzeć na tekst z oddali, zobaczyć go w jego niedoskonałości. Niby go widzę, ale nie umiem powiedzieć, dlaczego nie działa. Niby jest zgodny ze mną, ale jednak nie jest zgodny ze mną w samym sednie. Wszystko niby pasuje, ale całość nadaje się do kosza.
Więc co? Jestem do niczego? Raczej nie.
Może należy odpuścić. Odpuścić, ale nie zapominać. Odejść.
Cała moja dzisiejsza opowieść powinna zacząć się właśnie w tym miejscu – od słowa „odejść”. Kiedy odchodzę, kiedy wstaję od biurka i zamykam komputer, zaczyna dziać się coś, co również jest pisaniem, ale pisaniem bardziej organicznym, bardziej cielesnym. Kiedy odchodzę od biurka, zaczyna się pisanie, które (nazwijmy to tak) przejmuje sieć neuronowa – ta dziwna gąbka, którą nosimy w głowie. Nie podejmuję już świadomych decyzji, a jednak tekst działa. Nie jestem tego świadomy, ale tekst się formułuje. Jest we mnie, w mojej głowie. Rozwija się, podsycany biologiczną energią ciała. Mogę spać, chodzić, rozmawiać z innymi ludźmi, a tymczasem w mojej głowie coś się dzieje. Słowa i znaki, które wcześniej postawiłem, wierząc, że mają znaczenie, gruntują się, powoli przetwarzają ruchem wolnym, niemal niezauważalnym. W jakiś tajemniczy sposób to, co zasiałem moim pierwszym, niemal zawsze niewprawnym pisaniem, nagle dojrzewa i transformuje. Ważne, żebym tego nie odrzucał. Nie porzucał, nie zostawiał bez uczuć tej pracy, którą wykonałem. Ważne, żebym się nie odcinał od siebie.
Kiedy następnego dnia siadam do tekstu, łatwiej jest mi nad nim pracować. Łatwiej go kontynuować. Tak, jakby moja relacja z tym fragmentem dojrzała i się przetworzyła. Jakby to, co zostało napisane, wywołało w mojej głowie kolejną warstwę znaczeń. Jakbym lepiej wiedział, dokąd zmierzam.
Czas, mówię Wam. Czas. Mówię to również sobie.
Nie wiem, jak to działa. Wiem tylko, że to nie my piszemy. Wiem, że materia nieistniejąca – jaką jest tekst – obdarzona jest własnym życiem i to życie wpływa na mój umysł, na te neurony, na tę gąbkę, na mnie. Czasem przecież mówimy: muszę się z tą myślą przespać. Więc czas. Dać temu dojrzeć. Przespać się, przechodzić, nie odpuszczać. Tak jakby po powrocie było inaczej. Tak samo, ale inaczej.