Newsletter

Piszemy nawet o tym nie wiedząc

Czasem zdarza się, że podczas spaceru, albo w chwili zamiatania podłogi w kuchni nagle w naszej głowie objawia się sam z siebie brakujący element naszego opowiadania, naszej powieści, czy naszego eseju. Znacie na pewno to uczucie – nagle formułuje się w nas zmysłowe „coś” – poczucie/ obraz/ fenomen  z taką klarownością, aż chce się powiedzieć „o jej!” . 

To olśniewające „coś” oczywiście nie pojawia się znikąd. 

Nazwijmy to fenomenem.

Jest on wynikiem określonego stanu umysłu, który w chwili rozluźnienia, bez nachalnego dążenia do celu dopuszcza do siebie bodźce i spokojnie miesza je z innymi bodźcami, myślami, obrazami. Dlatego właśnie w wannie tak często przychodzą do nas rozwiązania — odpuszczamy napięcie i umysł nieskoncentrowany na produktywności pozwala tym drobinom myśli i idei swobodnie się łączyć, tworząc chwilę legendarnej eureki.

Mówię o tym nie po to, by przywoływać historię Archimedesa i jego wanny, lecz by w jakiś — być może nieporadny — sposób dotknąć zagadnienia pisania „z tyłu głowy”.

To ważny tekst. Szkic, jak zawsze, ale dotykający jednego z fundamentalnych zagadnień pisarskich. 

Jeśli piszemy na prawdę, z zaangażowaniem, to piszemy przecież cały czas.

Tak właśnie mam. Gdy idę brzegiem Wisły z moim psem myśląc o nowej prozie, którą piszę, albo o scenariuszu nad którym pracuję, staram się zanurzyć w życie. Nie myślę o pisaniu. Potem wracam do domu, piekę (w minioną sobotę upiekłem pierwszy w życiu makowiec – wyszedł). Wieczorem spotykam się z przyjaciółmi i gadamy słuchając muzyki.  Ale jednocześnie, gdzieś w tle, w ciszy umysłu, towarzyszy mi nierozstrzygnięta aporia – mój wielki problem prozatorski albo scenariuszowy do rozwiązania, który idzie ze mną jak wyrzut sumienia. Jest w mojej głowie choć nie poświęcam mu uwagi. I nagle doświadczam tego, co można nazwać olśnieniem. Wpada do mnie myśl. Rzucam się wtedy do kartki, do dyktafonu, by zatrzymać i zapisać ten fenomen.

Znacie to uczucie na pewno. Cieszymy się z tego nagłego olśnienia,  bo wydaje nam się, że przychodzi ono samo. Niektórzy mówią o tym „podszept muz”. 

Pewne jest, że taka myśl/ fenomen/ obraz, albo wizja pojawia się  nagle, a zarazem odsłania się od razu w swojej pełni.   Nagle widzimy  bohatera lub bohaterkę pisanej przez nas powieści w ruchu, w przestrzeni. Nagle nasz esej spina się brakującą klamrą. To zmysłowe doświadczenie jest tak realne, jakby było fragmentem dawno widzianego filmu – ma wyraźną ramę. 

Mówię o tym wszystkim, bo pisarstwo nie opiera się na inteligencji, a na przepływie. Warto więc zbadać w sobie, jak działa nasz umysł, jaką mamy relację z tymi olśnieniami. Czy pozwalamy sobie na swobodny przepływ, na bycie? Czy wykorzystujemy takie przebłyski i olśnienia, czy tylko podnieceni ich objawieniem, czujemy dumę, że doświadczyliśmy czegoś unikalnego?

Przede wszystkim jednak, warto zdać sobie sprawę z ich źródła. Żeby  przychodziły do nas rozwiązania, musimy wytężać się, pracować, szukać rozwiązań. Musimy pragnąć. Brzmi to jak mowa kołczerska, ale to raczej fizyka. Wydajemy energię, a to coś, nad czym pracujemy, ożywa i objawia się nam – przynosi nam rozwiązanie. 

Pamiętam kapitalną dykteryjkę o Gabrielu Garcii Marquezie, który męczył się nad książką „Sto lat samotności” i nie mógł jej napisać. Zrezygnowany pojechał z rodziną autem na wakacje i w połowie drogi prowadząc samochód doznał takiego właśnie objawienia – nagle zrozumiał jak książka ma zostać napisana. Zawrócił auto i pognał do domu. 

O takim momentach dziś pisałem. 

(Swoją drogą niezły z niego dziad, że rodzinie zepsuł wakacje).

Żyjmy, bądźmy czujni, pragnijmy. Świat pomoże.

Mateusz