Pisanie_jako_ucieczka
Newsletter
Pisanie jako ucieczka
A dziś o pewnym — moim zdaniem fundamentalnym — zagadnieniu. Często pomijanym i nieuświadomionym, którego sam być może jestem ofiarą. Bo tak naprawdę trudno rozróżnić, co prowadzi człowieka do pisania. Mówię o powodzie, dla którego ludzie piszą. Powodów tych jest oczywiście wiele (kasa i prestiż — obojętnie jak komicznie by to nie brzmiało — również), ale na jednym chciałbym się dziś skupić.
Najpierw jednak o sobie. Wszystkie książki napisałem prowadzony fascynacją. Pewnego dnia uświadamiałem sobie, że interesuje mnie jakieś zagadnienie — i zaczynałem o nim pisać. Dziś powiedziałbym, że u podstaw tego działania leżała chęć obłaskawienia tematu. W efekcie na końcu zawsze okazywało się, że napisałem coś przede wszystkim dla siebie, a wydawca (pozdrawiam Czarne) przyjmował książkę do druku, dostrzegając w tej strategii jakieś autorskie rozwiązanie.
Ludzie piszą jednak z różnych powodów. Znam takich, którzy chodzą z gotowym planem książki — o prywatnych wydarzeniach, o rodzinnych sprawach, które ich zdaniem powinny ujrzeć światło dzienne. Mowa tu o traumach z dzieciństwa, losach dziadka czy babci, historii zaginionego brata i tak dalej. Z takiego podejścia powstaje wiele dobrych książek — jak choćby „Matka odchodzi” Różewicza, „Gnój” Kuczoka czy świetne „Dziady i dybuki” Kurskiego. Nie wspominając o Tove Ditlevsen i jej „Trylogii”.
Jest jeszcze jedna wspaniała motywacja, której długo nie doceniałem, a która dziś wydaje mi się coraz ciekawsza. To chęć opowiedzenia komuś historii. Mówimy tu o opowiadaniach, prozie, powieściach. Szczepan Twardoch powiedział kiedyś: „Nie umiem nic innego, jak opowiadać ludziom historie”. To piękna motywacja.
Ale po tym krótkim przeglądzie — a warto pamiętać, że te motywacje rzadko występują osobno, częściej mieszają się w każdej osobie — chciałbym zatrzymać się przy jednej, moim zdaniem zabójczej.
To chęć ucieczki przed życiem – tym – wiecie życiem prozaicznym.
Chęć pogrążenia się w uzasadnionym, usprawiedliwionym, pracowitym niebycie, jakie oferuje pisarstwo. Działa to tak: nie jesteś szczęśliwy, odpycha cię codzienność, więc w literaturze znajdujesz swoją niszę — ciepłą, półmroczną przestrzeń odosobnienia, w której można spędzać długie godziny, dni, miesiące, a nawet lata, jakby w równoległym świecie.
To najbardziej niebezpieczny i zwodniczy motyw. Jednocześnie — przez swoją głębię — bardzo alchemiczny. Kryje się w nim chęć imersji, całkowitego oddania się rzemiosłu. To strategia szlachetna, ale i wyniszczająca: tracimy czas, nie chcemy publikować, boimy się oceny. „Będę pisać, żeby wszyscy dali mi spokój”.
Problem w tym, że samo pisanie — siedzenie przy biurku i składanie zdań — to nie wszystko. Wokół pisania trzeba zrobić wiele: być w kontakcie z innymi, rozumieć rynek, konsultować swoje teksty, publikować. Sam tego nie lubię, ale mogę uczciwie przyznać, że wszystko, co mi się udało, zawdzięczam właśnie temu wychodzeniu zza biurka.
Ci, którzy próbują schować się w literaturze, prędzej czy później konfrontują się z faktem, że ta metoda jest szkodliwa. Eskapizm do niczego nie prowadzi. Trudno to jednak przyjąć, bo wciąż pokutuje obraz pisarza jako samotnika, żyjącego na marginesie świata.
A prawda jest dziś zupełnie inna. Pisanie to praca wymagająca dynamicznej konfrontacji i działania — często także promocji. Ci, którzy szukają w nim wyłącznie imersji, najczęściej nie myślą, co też jest ok. Nawet jest to szlachetna droga. Ale warto pamiętać, że pewne rzeczy – jak choćby obecność na rynku – będą kulały.