Newsletter

Pisanie w filiżance na środku Oceanu

Jest takie opowiadanie, które robi na mnie największe wrażenie. Jego tytuł to „Wypadek autostopowicza” Denisa Johnsona. Nie chcę powiedzieć, że to najlepsze opowiadanie jakie czytałem, bo uznając je za najlepsze zacznę stosować jakąś hierarchię. Pewne jednak, że kiedy pierwszy raz przeczytałem „Wypadek…” doznałem olśnienia. 
Denis Johnson – pisarz wybitny, przez wielu uznawany za najważniejszego powojennego pisarza Stanów Zjednoczonych, w jednym z wywiadów zdradził swoją metodę pracy. Przyrównał ją do kręcenia się w filiżance po Oceanie: 
 
„Kiedy piszę, nie myślę w kategoriach tematów. Po prostu improwizuję i dostosowuję się, a przebieg historii odzwierciedla proces podejmowania prób jej realizacji. Wsiadam do filiżanki, zaczynam wiosłować po małym stawie i mówię: «za siedem tygodni wyląduję na Marsie». Pięć lat później nadal kręcę się w kółko. Kiedy docieram do brzegu w odległości splunięcia od miejsca, w którym zacząłem, to jest to kolosalny triumf”*.
 
Chciałbym skupić się dziś na jednym zdaniu Johnsona: „Kiedy docieram do brzegu w odległości splunięcia od miejsca, w którym zacząłem, to jest to kolosalny triumf”.
Dlaczego Johnson to powiedział?
 
Zacznijmy od początku. 
Przede wszystkim, w wypowiedzi Johnsona od razu zwraca uwagę metafora filiżanki. Założenie, że ktoś pływa w filiżance po Oceanie potwierdza nam przekonanie, że pisanie jest trudne. W wizji pisarza wiosłującego w filiżance jest wszystko: proces twórczy okazuje się walką z żywiołem o wiele mocniejszym niż osoba pisząca; mamy świadomość naszej słabości względem żywiołu literatury. Pisząc mamy w ręku małą łyżeczkę, którą wiosłujemy, próbując pokonać coś bezkresnego.
Niezbyt to odkrywcze. Każdy, kto zaczyna pracować nad większą formą, z początku ma właśnie takie poczucie.
 
O wiele ciekawiej robi się, gdy zaczynamy rozumieć, że dla Denisa Johnsona, a więc kogoś z potężnym doświadczeniem warsztatowym, pisanie nadal jest skomplikowanym procesem – swoistą walką z żywiołem. 
 
Z czym więc tak naprawdę zmagał się Denis Johnson?
Tu zaczyna robić się ciekawie.
 
Wróćmy na chwilę do cytatu: „Kiedy docieram do brzegu w odległości splunięcia od miejsca, w którym zacząłem, to jest to kolosalny triumf.”
 
Ten moment dużo nam mówi. Denis Johnson wchodzi do filiżanki w konkretnym miejscu. Jakie to miejsce? To miejsce jest w nim samym – jest ono uczuciem, które w sobie nosi, pewnym mglistym wyobrażeniem, tego co chce napisać, można powiedzieć, pomysłem na tekst. 
Nie chodzi o fabułę, która rysuje mu się w głowie, a raczej zmysłowe poczucie tego co chciałby pokazać. Może nosi w sobie jeden obraz tak wyraźny, że da się go poczuć w ciele. Jednocześnie trudno go wypowiedzieć. 
Johnson idąc za tym obrazem  szuka po omacku (albo wiosłuje). Szuka metod, żeby to coś opisać.
No i to jest wyzwanie. Bo ten obraz, ten zaczyn, który się w sobie nosi, trzeba jakoś ubrać w słowa. Nadać mu formę. 
Rzućmy kilka przykładów takich obrazów.
 
Będąc pod wpływem narkotyków przeżywam wypadek samochodowy i widzę cudzą śmierć. 
albo
Zdradziłem kogoś, a potem dowiedziałem się siedząc w pizzerii, że ta osoba próbowała popełnić samobójstwo. 
albo
Przyjechałem do swojego rodzinnego miasteczka, spotkałem miłość z liceum i zrozumiałem, że to właśnie ona jest miłością mojego życia. Ale miłość mojego życia żyje w szczęśliwym związku.
 
Denis Johnson nie męczy się z pisaniem. On – mówiąc precyzyjnie – ciężko pracuje nad tym, aby taki obraz zamienić na przestrzenną formę. Żeby czytelnik/ czytelniczka nie tylko zostali o tym poinformowani, ale żeby tego doświadczyli. 
 
Żeby osoba czytająca poczuła się tak, jakby stała pod wpływem narkotyków w deszczu na autostradzie i widziała umierającego człowieka siedzącego za kierownicą.
 
Żeby osoba czytająca poczuła jak to jest być w pizzerii, siedzieć nad pizzą, z której właśnie zdejmuje się palcami rukolę, i odbiera telefon, w którym słyszy głos jakiejś obcej osoby, która informuje, że jej córka albo syn walczy o życie.
 I tak dalej.
Nadajemy intuicji, którą nosimy w sobie formę przestrzenną.  
Nie da się tego nauczyć. 
Można tylko pisać i powtarzać, przepisywać i szukać sposobu. 
Łatwiej jest produkować książki według warsztatowego rygoru: mieć drabinkę powieści, albo pisać opowiadania według jednej wypracowanej mechaniki. Albo pisać prozę tak, żeby działała według klucza, który znamy.
Ale można wsiadać do filiżanki.
Wyjmować coś, co jest niewysłowione z siebie i przekazywać innym.
Ważne, że finalnie ląduje się po długim czasie niemal w tym samym miejscu, w którym się zaczęło – to oznacza, że dotarło się w ostateczności do siebie.
 
_ _ 
* Tłumaczenie za Bartoszem Sadulskim: „Przewodniczący tej tragedii”, Dwutygodnik 04/2020