Peter Handke sam na sam z bramka
Newsletter
Peter Handke i pusta bramka
Gdybyście mnie zapytali jakie książki kocham najbardziej, to pewnie powiedziałbym, że te kilka, których jeszcze nie kupiłem. Zawsze noszę przy sobie shortlistę – kilka zapisanych tytułów, kilka nazwisk, czasem tak abstrakcyjnych, że zapominam ich brzmienia, kiedy chcę je w myślach przywołać. Wracam do nich – tych nazwisk i tytułów myślami z jakąś tęsknotą i z nadzieją. Obiecuję sobie, że „jeszcze te książki kupię”, jeszcze przeczytam albo przynajmniej zbadam; w ramach szerszego researchu poszukam dookoła – odkopię jakieś stare wywiady z autorem czy autorką, albo wynajdę pojedyncze teksty gdzieś w starych numerach „Literatury na świecie”. Słowem – wtopię się w te nowe światy, które z racji oddalenia wydają mi się światami, które wszystko zmienią w moim własnym, małym, świecie.
Najbardziej więc kocham książki, których jeszcze nie przeczytałem.
Głupie to. Piękne jednocześnie i płonne, bo jak przecież wiemy, można tak straceńczo żeglować bez końca po bibliotece i księgarni nie znajdując ostatecznej satysfakcji. Jeden autor rozpoznany, kolejny czeka w kolejce, wkrótce i on stanie się terenem rozpoznanym i znów będę chodził w poczuciu, że najlepsze przede mną.
Tak miałem z Peterem Handke – mniej więcej od przyznania mu Nobla. Handke od początku wydawał mi się postacią z lekka kontrowersyjną przez swoje wyraziste poglądy, w pisaniu gęstszy, więc wymagający większego skupienia. Ale przede wszystkim – umysł brzytwa. Tak go przynajmniej sobie wyobrażałem.
W końcu, w grudniu, kupiłem jego „Mój dzień w innym kraju” w tłumaczeniu Elżbiety Ptaszyńskiej- Sadowskiej.
Warto było.
Handke:
„Wysiadając z łodzi i stawiając stopę na brzegu drugiego kraju, poczułem się ślepy. Albo raczej: widziałem dobrze, ale nie oczami. Zmysł wzroku nagle mnie zawiódł, a zamiast niego pojawiło się – „Widziałeś to? Tylko popatrz!” – coś trzeciego, w ramionach, w opuszkach palców, w podeszwach. Zmysł dotyku? – nie; bo zamiast po omacku przedzierać się na ląd i na chybił trafił szukać dalszej drogi wzwyż po skałach, szedłem i wspinałem się, najwyraźniej na ślepo, bez wahania i przystanków, pewnym krokiem, sprawnie, z dłonią na skale za każdym razem ułożoną we właściwym chwycie, chowając głowę i ramiona przed każdą ostrzejszą krawędzią. A potem nastąpiło niemal rozczarowanie, kiedy na górze, w progu płaskowyżu Dekapolis, odnalazł się normalny zmysł wzroku, „światło oczu”. Pozwólcie przedłużyć taką ślepotę, słodkie noce. Ale nie.”
Czytam i mówię sobie: jest moc.
Zobaczmy jak to Handke napisał – popatrzmy na jeden maleńki fragmencik.
„Wysiadając z łodzi i stawiając stopę na brzegu drugiego kraju, poczułem się ślepy”.
Czy przybywając do Paryża z czerwoną walizeczką Ryanarem dałabyś/ dałbyś takie zdanie? A on daje. Zdanie, które nic nie mówi pozornie o tym nowym świecie, który się odwiedza, bo przede wszystkim mówi o narratorze. Jakby tego było mało, narrator zostaje w tym „wewnętrznym” nomen omen – spojrzeniu – jest ślepy. I dalej:
„Albo raczej: widziałem dobrze, ale nie oczami. Zmysł wzroku nagle mnie zawiódł, a zamiast niego pojawiło się – „Widziałeś to? Tylko popatrz!” – coś trzeciego, w ramionach, w opuszkach palców, w podeszwach.
Widziałem dobrze, ale nie oczami!!!! Handke przejmuje piłkę i pędzi w stronę bramki przeciwnika, bronionej przez racjonalność! Handke jak prawdziwy mistrz literackich goli strzela zaraz potem zdaniem „Zmysł wzroku nagle mnie zawiódł, a zamiast niego pojawiło się – „Widziałeś to? Tylko popatrz!” – coś trzeciego, w ramionach, w opuszkach palców, w podeszwach”. Zdanie unosi się i właściwie jest samą poezją. I gol!!!
Wracamy po reklamie.
Otóż Handke – nagle, kiedy znajduje się w tym tytułowym innym kraju, kiedy tylko schodzi na brzeg, od razu – w kolejnych zdaniach, gdy już uporał się z własnym brakiem wzroku, donosi że:
„Zmysł dotyku? – nie; bo zamiast po omacku przedzierać się na ląd i na chybił trafił szukać dalszej drogi wzwyż po skałach, szedłem i wspinałem się, najwyraźniej na ślepo, bez wahania i przystanków, pewnym krokiem, sprawnie, z dłonią na skale za każdym razem ułożoną we właściwym chwycie, chowając głowę i ramiona przed każdą ostrzejszą krawędzią.
Proszę państwa, jedno zdanie na pięćdziesiąt wyrazów, cztery linijki w wordzie dwunastką o samym momencie zmysłowej konfrontacji. Nie o tym nowym świecie, do którego dotarł, ale o własnej relacji z tym nowym światem. Jeśli mamy gdzieś w tym fragmencie kopanie w głąb boiska, to tu, w tym miejscu – perfekcyjne dośrodkowanie, zmysłowa robinsonada za nic mająca estetykę, te wszystkie założenia „jak to będzie wyglądać”, „jak to będzie się czytało”.
Handke nadal przy piłce:
„A potem nastąpiło niemal rozczarowanie, kiedy na górze, w progu płaskowyżu Dekapolis, odnalazł się normalny zmysł wzroku, „światło oczu”. Pozwólcie przedłużyć taką ślepotę, słodkie noce. Ale nie.”
A więc co z tego nowego świata, tego innego kraju było piękne? Co Handke ukochał? Inny kraj? A może zajrzał do siebie, spojrzał najgłębiej jak można i z tego całego wysiadania na brzegu zapamiętał i zatrzymał moment konfuzji, opisał ten moment konfuzji, tego poruszania się w zachwycie i lęku jednocześnie, jaka przychodzi do nas zawsze, gdy zderzamy się z czymś nowym, aż to nowe nie zostaje oswojone?
Gol.
[Peter Handke, „Mój dzień w innym kraju”, przeł. Elżbieta Ptaszyńska- Sadowska, Wydawnictwo Ostrogi 2024]