Newsletter_20_Kartka_z_dziennika
Newsletter
Kartka z dziennika
17 września 2026. Warszawa
Jutro Poznań. Pociągiem, z rowerem. Lubię ten rodzaj podróżowania. Rower daje mi poczucie jakiejś tajemniczej wolności.
W zeszły weekend, w Kazimierzu, w trakcie wieczornej rozmowy narzekałem grupie, że nie jestem w stanie czytać. Siedziałem przy stole z ludźmi, którzy – pchani pasją czytania i pisania – przyjechali na spotkanie, a ja zamiast mówić pozytywne rzeczy, narzekałem. Pytałem: po co czytać, jeśli nic mi to nie daje? Czy muszę poznawać kolejną historię, kolejny język, skoro już tyle języków w życiu widziałem, skoro przeczytałem tyle historii? Trochę oczywiście podgrzewałem dyskusję, ale było w tym sporo prawdy – no bo co tu jeszcze czytać?
A potem, w domu, chyba we wtorek, zaległem w hamaku. Wziąłem do ręki Alejo Carpentiera z serii Nike i, kołysząc się, zacząłem czytać Szaleństwo i metodę. Pierwsze strony – ze znudzeniem, ale i z lekkim zainteresowaniem, bo Carpentiera uwielbiam, choć od Szaleństwa i metody odrzucało mnie już co najmniej pięć razy. I nagle wpadłem. To stało się od zdania do zdania. Jeszcze nie wiedziałem, kto jest narratorem, kto mówi, co mówi, ale kawałek po kawałku z liter zaczął wyłaniać się świat. Może nie tyle świt, co konstelacja faktów. Może zaczęło się od tego, że sam leżałem w hamaku, a tu nagle narrator mówi: „potrzebne mi uginające się głębienie hamaka, żeby się zwinąć w kłębek, sznury do kołysania…”. A może pociągnęło mnie to, co zawsze ciągnie mnie u Carpentiera: to wędrowanie za świadomością autora po własnych wyobrażeniach, to plątanie, to wyłanianie się obrazów, których nie da się łatwo przyporządkować. Ta gęstość, w której zamiast tego, co jest podane wprost u innych autorów, u Carpentiera trzeba samemu wydzierać, wyrywać, żeby w końcu gdzieś po dziesięciu stronach zaczęła się formować jakaś całość, jakieś doświadczenie, pierwszy przebłysk zrozumienia.
Więc czytałem w hamaku – wpół zrezygnowany, wpół zafascynowany – i chciałem więcej. A to, co dostawałem, było tylko zapowiedzią plastyczności. Ale zapowiedzią tak mocną, że szedłem za nią dalej, wciąż zastanawiając się, o czym właściwie czytam.
Kiedyś przeczytałem jego Podróż do źródeł czasu. A może nie tyle przeczytałem, co podróżowałem z nim do połowy. Do dziś Podróż jest jedną z dziesięciu najważniejszych książek w moim życiu, choć nigdy nie dotarłem do końca. I nawet nie szukam odpowiedzi, co tam się wydarzyło. To mnie nie interesuje. Bardziej interesuje mnie ta więź, która wyszła poza opowieść, poza literaturę i dotarła do mnie – tak jakby świat Carpentiera spotkał się z moim światem. Jakby nasze światy zetknęły się za pomocą zdań, pojedynczych, szalonych pasaży, których nawet nie umiem zdiagnozować. Nie potrafię powiedzieć, co one właściwie znaczą. Może tylko zręby Podróży są mi znane, ale sens tego, co w środku – już nie bardzo.
Tak czytam. I tego nie powiedziałem moim uczestnikom warsztatu. Dwa dni po tym, jak w Kazimierzu wyżalałem się, że nie mogę czytać, znów spotkałem się z pisaniem, które mnie fascynuje i pochłania. Znów trafiłem na książkę, którą będę woził ze sobą długo, czytał po kawałku – i której pewnie nigdy nie skończę.
Co mnie tak poruszyło? Chyba te mocne obrazy. Wycięte spoza – nomen omen – czasu. Pisane jakimś wyższym spojrzeniem. Tak jakby Carpentier potrafił unieważnić znaczenie czasu – jakby widział sprawy na szerszym planie, którego czas nie obowiązuje. Może to coś mnie tak interesuje.
[Alejo Carpentier, „Szaleństwo i metoda”, przeł. K. Wojciechowska, Czytelnik 1980