Zdarza się, że w tekstach, które piszą osoby uczestniczące w warsztatach, pojawiają się wyraźne, emocjonalne momenty, w których autorka lub autor chcą oddać stan swoich lub bohatera/ bohaterki uczuć. Najczęściej, opisują je niemal literalnie: „poczułam wielki smutek i głos uwiązł mi w gardle” albo „przez moje ciało przeleciał dreszcz obrzydzenia”. Albo jeszcze inaczej: „nagle poczułam strach tak, jak wtedy, kiedy w dzieciństwie, kiedy byłam sama w domu, zgasło światło”. I tak dalej.
Opisywanie uczuć to jedno z największych wyzwań, przed którymi staje każda pisząca osoba. Jeśli coś nas pcha do pisania, to w dużej mierze, odpowiadają za to właśnie uczucia – to one domagają się uwolnienia, one są również podstawą opowieści literackiej. Problem w tym, że osoby piszące popełniają błąd, skupiając się na dosłownym ich opisie. Pisząc, mamy bowiem poczucie, że wystarczy dokładnie nazwać emocje, aby zaczęły one w tekście działać.
Tak jednak nie jest.
Nazwanie uczuć nie przekazuje tych uczuć osobie czytającej; co więcej – słowa potrafią nawet je „spłaszczyć”, a idąc dalej, takie nazwanie uczuć, wychodzi słabo i… lekko pretensjonalnie.
Jesteśmy więc w klinczu. Niby opisaliśmy to, co chcieliśmy opisać, ale dla osoby czytającej, ów opis jest mało angażującym fragmentem.
Co zatem zrobić, jeśli uczucie nazwane wprost pozostaje martwe, płaskie i pozbawione mocy?
Przede wszystkim należy zrozumieć, że język nie wszystko jest w stanie przekazać.
Nie da się opisać słowami wielkiej miłości.
Nie można opisać dosłownie uczucia straty.
Można jednak wywołać uczucie bez nazywania go.
Zamiast pisać „to była miłość większa niż życie” możemy napisać opowiadanie, w którym poprzez zachowanie postaci zobrazowana zostanie skala takiego uczucia.
Przykład?
Obraz dwójki przytulonych kochanków z Pompei, którzy zginęli pod opadającymi popiołami wulkanu mówi nam o miłości więcej niż przysłowiowy tysiąc słów. Zatem?
Nie nazywajmy uczuć, ale je wywołujmy. Zamiast pisać „bałem się” tak skonstruujcie daną scenę, abyśmy i my – osoby czytające – poczuli strach.
Zawiłe?
Przyjrzyjmy się zatem przykładowi – zobaczmy jak to się robi. Niech to będzie fragment pierwszego, krótkiego rozdziału powieści „Ośli brzuch” Andrei Abreu.
„Ośli brzuch” to niewielkie dziełko (gorąco polecam!), w którym autorka posługuje się „otwartym”, nie uznającym barier językiem. Takie są bohaterki tej powieści: dwie nastolatki, związane węzłem erotycznego uczucia.
W pierwszym rozdziale obie bohaterki – narratorka i jej przyjaciółka Isory, z okazji rozpoczęcia wakacji wyprawiają sobie ucztę, a potem, jakby im było mało, idą na imprezę z okazji zakończenia roku szkolnego i tam jeszcze bardziej się objadają. Finalnie lądują w toalecie szkolnej, gdzie Isory obserwowana przez narratorkę wkłada palce w gardło prowokując wymioty.
Abreu w krótkim pierwszym rozdziale rysuje nam scenę, w której z jednej strony doświadczamy bliskość i młodzieńczą, erotyczną namiętność, z drugiej, pojawia się mroczny zwiastun zasad społecznych, w których uwięzione są obie bohaterki. Opresyjne reguły społeczne są tu lekko zaznaczone – to one nakazują Isorze dbać o linię lub – idąc dalej – to one doprowadziły ją do bulimii.
Mamy więc dwie bohaterki żyją na krawędzi śmierci i miłości.
Ale nikt tu nie pisze wprost o namiętności, nikt nie podnosi larum nad światem, który jest opresyjny dla wrażliwej jednostki.
A oto fragment, w którym narratorka pisze o swojej przyjaciółce Isorze: