Newsletter

Moc albo tzw. „wena”  

Zaskakująco często w rozmowach o warsztacie pisarskim — szczególnie na tym pierwszym etapie, gdy ktoś próbuje zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi — pojawia się pytanie o „wenę”. O ten legendarny moment, w którym nasz tekst, w jakiś tajemniczy sposób pisze się niemal sam. 
Oczywiście, „wena” leży poza człowiekiem – najczęściej utożsamia się ją z jakąś nadprzyrodzoną siłą, muzą, która dyktuje, a nawet bogiem, który łaskawie dopuszcza do człowieka swoją zdolność tworzenia. Efektem takiego myślenia o „wenie” jest założenie, że nasze powodzenie pisarskie zależy trochę od czynnika zewnętrznego, czegoś w formie łaski, na która warto cierpliwie czekać. 
Czy warto czekać? Może warto – to sprawa indywidualna. Być może część z Was ma lepsze połączenie ze światem niematerialnym i umie w sobie taką „wenę” wywołać. Warto jednak przyjrzeć się temu, co w micie „weny” jest prawdziwe. 
Skupmy się zatem na zmysłowym wymiarze: na ciele, na jego doświadczeniu. 

Bywa, że przez długi czas po prostu piszesz — mechanicznie, bez entuzjazmu. Zasiadasz, kreślisz zdania, wyrzucasz je, kombinujesz. Chodzisz wokół tekstu, ale nic się nie klei. Historia nie płynie, słowa nie chcą współpracować. I nagle coś się zmienia. Siadasz i czujesz, że nadszedł „ten moment”. Zaczynasz pisać i tekst, który jeszcze chwilę temu stawiał tak duży opór, nagle pisze się znacznie łatwiej. Zdania układają się, wszystko zaczyna płynąć. 
Piszemy jakbyśmy byli uniesieni, jakbyśmy mieli w sobie, moc. Znasz to uczucie? 

Skąd ta moc się bierze? Co jest jej źródłem? 

Oczywiście możemy romantycznie założyć, że jest to faktycznie jakieś natchnienie od bogów, czy muz. Ale chyba słuszniejsze jest stwierdzenie, że jest to efekt pracy, która została wykonana przez nas we wcześniejszym etapie. „Moc” nie bierze się znikąd. Ona przychodzi po godzinach siedzenia nad tekstem. Po researchu. Po wielu próbach pisania i porażkach tego pisania. Po wszystkich tych momentach, w których przychodził mrok, kiedy wysililiśmy się, żeby opowieść i język złapać w jedno, nie rezygnując przy tym ze swojej wrażliwości. Dzięki tej wytężonej pracy nasz mózg powoli wyobraża sobie język i powoli udaje nam się, nasze wizje, nasze myśli ubrać w uwaga – adekwatne – słowa.


Z pisaniem jest tak jak z odpalaniem diesla zimą. Żeby zaskoczył, trzeba próbować. Czasem wiele razy. Ale jak już ruszy — nabiera mocy. Podobnie jest z pisarstwem. Kiedy pracujesz nad tekstem wkładasz w niego energię: konkretyzujesz myśli, zaczynasz rozumieć co chcesz powiedzieć. W końcu przychodzi moment, w którym nagle czujesz, że masz to w sobie – trzeba tylko to zapisać. Czujesz, że jesteś w temacie, że udało się nawiązać relację z tematem, z językiem, z formą. Wtedy piszesz z energią. Z „mocą” właśnie. Tak naprawdę, tworzenie odbywało się w głowie. 

Ludzie mówią na to „wena”. Mówią: „czekam na wenę”. A my tak naprawdę naszym wysiłkiem wyczekaliśmy, aż zlikwidowana zostanie bariera między „ja”, a tekstem. Między „ja” a językiem. I to jest najpiękniejszy moment w pisaniu. Przez moment czujemy jakbyśmy byli czymś więcej niż tylko człowiekiem. Ale to nie prezent od wszechświata. To rezultat tego, że udało się zintegrować to co chciało się powiedzieć. Pisze się.

Potem znów wszystko się zrywa i znów trzeba być rzemieślnikiem/ rzemieślniczką.