Newsletter

Katalog spraw nieukończonych 

Kilka dni temu robiąc porządek na pulpicie komputera trafiłem do katalogu, do którego przez ostatnie dwa lata odkładałem rozpoczęte, ale nieukończone teksty. Ich krótki przegląd podsunął mi myśl, że znalazłem się właśnie na cmentarzysku spraw połowicznych, o którym najchętniej bym zapomniał, bo i straciłem do nich serce, i samo czytanie ich było męczące. Niektóre z tekstów miały kilka stron, inne kilkanaście; niektóre okazały się zawierać jedynie kilka urwanych, zupełnie abstrakcyjnych zdań, których z niczym nie mogłem skojarzyć. Przeglądałem je krzywiąc się na widok niedopracowanego języka i tej okrutnej nieudolności, która obecna jest w takich ledwie zaczętych tekstach. Co gorsza: lektura była trudna, bo oko w oko stanąłem również ze swoim – nazwę to po imieniu – grafomańskim zadęciem, które pojawia najczęściej w chwili, gdy nie udaje się jeszcze w procesie pisania utrafić w rejestr języka, więc na siłę wyginamy go szukając w tej metodzie szans na uratowanie opowieści. 

Siedziałem pochylony nad komputerem scrollując i krzywiąc się od tego scrollowania. Tu mógłbym skończyć i wówczas byłby to tekst o grzebaniu w starych plikach na kompie, gdyby w tym grzebaniu nie przyszła do mnie jedna, olśniewająca myśl. Przecież niemal każdy z tych niedokończonych tekstów pochłonął godziny pracy! Każdy to historia – fala początkowego zapału i późniejsza fala obojętności, od której robota staje się czymś bezpodstawnym, jakby rdzeń albo guzik uruchamiający pragnienie zgłębiania tematu, nagle się zagubił. Ile tam, w te teksty poszło energii! Ile cennej mocy zostało tam wpakowane!

Od razu sprawy się wyklarowały i przypomniałem sobie kilka niewydanych książek, które trzymam w innym katalogu, tych wielkich dzieł, które miały zawrócić losy literatury światowej, do których planowałem kiedyś jeszcze zasiąść i zrobić to jedno, ostateczne „przepisanie” choć już wiem, że nigdy tego nie zrobię. 

Tysiące godzin w piach.

Przez moment poczułem smutek jakbym nagle, po szalonym weekendzie zdał sobie sprawę, że wydałem pieniądze, które miały mi starczyć do pierwszego. 


Zaraz potem spojrzałem jednak na siebie z góry i z ulgą stwierdziłem, że w gruncie rzeczy nawet w najmniejszym procencie nie czuję żalu. Przecież żaden matematyczny bilans nie ma znaczenia jeśli chodzi o pracę twórczą, a ja nie muszę i nie chcę zamartwiać się stratą czasu. Nie muszę ważyć w głowie czy pisanie zabiera mi cenny czas w życiu. Słowem: moje pisanie  nie podlega kalkulacji. Nawet jeśli nic już nie wydam.

To się nazywa wolność.

Mógłbym tu zakończyć dając na finale pewną oczywistą prawdę: czas poświęcony na pisanie nigdy nie jest czasem straconym, bo to one, te nieudane próby, te tysiące godzin wydarte z siebie pozornie „po nic” owocują rzemiosłem, które wciąż się rozwija. 

Ale mam lepszą prawdę: jeśli piszemy, warto zajrzeć do siebie, zrobić wgląd na dno swojego „ja” i posłuchać czy przypadkiem w tych głębokich odmętach nie oskarżamy się po cichu, że podejmujemy się działań, które są po nic, które nie wypalą, które są tak abstrakcyjne, że w żaden sposób nie pomogą nam w życiu, w codzienności, nie utrzymają nas i tak dalej.

Jeśli czujemy to w jednym procencie, nasza siła i moc twórcza zostaje stłumiona o połowę.


Piszesz się?

Już 15 lipca rusza pięciodniowy warsztat otwierający "Pisanie jako proces". Ten legendarny już warsztat to dobre miejsce, żeby się zatrzymać, spojrzeć w siebie i otworzyć na pisanie.