Newsletter

Kilka zdań o „umyśle piszącym”

Jakiś czas temu napisała do mnie jedna z czytelniczek mojego Newslettera z życzliwą sugestią, żebym dał sobie więcej przestrzeni i wysyłał wiadomości rzadziej — raz na miesiąc zamiast co dwa tygodnie. Przyznaję, poczułem ulgę. Pisanie jednego tekstu na dwa tygodnie wydaje się łatwe, ale kiedy kończę i wysyłam Newsletter, to jednak zawsze mówię sobie: „uff, było ciężko, ale udało się”. Potem zajmuję się już swoimi sprawami ciesząc się myślą, że kolejne dwa tygodnie mam dla siebie. Ale czas pędzi i nim się obejrzę, muszę pisać kolejny tekst. Więc znów siadam.

Zatrzymajmy się tu na chwilę.

Przecież brzmi to jak jakaś katorga.

Dlaczego to robię?

Przede wszystkim w regularnym pisaniu jest jakaś przyjemność. Przyjemność konsekwencji, powtarzalnego działania; coś, co daje satysfakcję adekwatną do zaangażowania i pracy. Kiedy wysyłam tekst do Was mam poczucie, że zrobiłem dobrą rzecz. Dobrą i wynikającą z mojego wysiłku. Kiedy zamykam komputer i mówię sobie „uff, udało się”, mam w ciele poczucie – tak to chyba można nazwać – dobrze spełnionego obowiązku.

Ale jest coś jeszcze. Coś ważniejszego. Chodzi o utrzymanie „umysłu piszącego” w gotowości, w praktyce, w rytmie.

Nie będę się zagadnieniem „umysłu piszącego” długo zajmował, ale naświetlę je krótko, bo warto.

Myślę, że tak zwany „umysł piszący” to główna różnicą pomiędzy osobami, które piszą, a tymi, które chciałyby pisać, lub podchodzą do pisania raz na jakiś czas.

Czym jest „umysł piszący”?

Umysł piszący to nasz umysł, który pod wpływem regularnej pracy, regularnego pisania zaczyna powoli przestawiać się na tryb pisania. Jeśli zaczynamy pisać po długiej przerwie, pisanie idzie nam trudno. Słowa z trudem przychodzą do głowy, męczymy się nad rytmiką zdań i ich brzmieniem. W efekcie od wytężonego myślenia dość szybko się męczymy i wyczerpujemy. Krótko mówiąc – tkwimy w trudzie łączenia sfery naszych myśli ze sferą „zapisu”. W efekcie to, co piszemy jest najczęściej chybione i sztywne. Piszemy i nie lubimy tego co piszemy.

Po tygodniu regularnego pisania jest zupełnie inaczej. Tak jakby nasza praktyka doprowadziła nasz umysł do zwiększonej wydajności. Nie musimy już poświęcać uwagi rzeczom, które dzieją się w naszym pisaniu niejako automatycznie: jeśli na początku pisania musieliśmy „pomyśleć co chcielibyśmy powiedzieć” to w rozpędzonym „umyśle piszącym” możemy odpuścić kontrolowanie tego, „co chcielibyśmy powiedzieć”, bo to, „co chcielibyśmy powiedzieć” w jakiś tajemniczy sposób samo się formułuje. Myślimy, ale właściwie bardziej prowadzimy narrację w głowie. Dzięki temu, mamy wystarczająco dużo energii, żeby przesunąć naszą uwagę na styl – na to „w jaki sposób piszemy” i w dalszym pisaniu już koncentrować się na tym właśnie aspekcie. Czyli: w „umyśle piszącym” ciężar koncentracji przechodzi z treści na styl (tak najprościej mówiąc).

Są takie momenty, kiedy ten proces postępuje dalej. Okazuje się, że to „w jaki sposób piszemy” również powoli przestajemy siłowo kontrolować. Wypracowana metoda, nasza własna, autorska, coś jak nasz język przyjęty i zaadoptowany już sam nas niesie. A my w tym czasie mamy możliwość lekkiego – wybaczcie to sformułowanie – „otwierania się na to, co uniwersalne”. Okazuje się, że „to co myślimy” przechodzi na zupełnie inny poziom – sami jesteśmy zdziwieni tym, co do nas przychodzi. Jakby nasze myślenie ewoluowało. Podobnie dzieje się ze stylem, który również zaczyna ewoluować i powoli się przekształcać. Niektórzy mówią, że w takim momencie osoba pisząca otwiera się na „przepływ”, który nie jest ludzki, choć wymaga obecności człowieka.

Byłem tam wiele razy. Pisałem, ale wiem, że nie ja je pisałem, ale towarzyszyłem ich pisaniu. Nie ma to nic wspólnego z ezoteryką, a raczej z duchowym wymiarem pisania. Duchowość w ostateczności to przecież fizyka, która nie została jeszcze obliczona na kalkulatorze albo zmierzona miarką.

Dlaczego o tym piszę? Starajmy się trzymać umysł w stanie „umysłu pisarskiego”. Trzeźwy, zdolny do kontrolowania własnych procesów.

 

Kiedy znajoma powiedziała, żebym zrobił sobie przerwę od Newslettera, na chwilę przyklasnąłem temu pomysłowi. Ale potem zrozumiałem, że tego nie chcę. Regularne pisanie jest jak rytuał. Im dłużej się go utrzymuje, tym efekt jest mocniejszy. Przerywanie procesu sprawia, że każdy powrót staje się trudny.

Utrzymujmy ogień.