Newsletter

Przebudzenie jako odrodzenie

Po tekście z Newslettera # 3, w którym analizowałem „Ścianę” Marlen Haushofer, na samym końcu analizy pojawiło się zaproszenie do przesłania własnych tekstów, żebyśmy mogli się nad nimi pochylić i zobaczyć jak są zrobione. Dotarły dwa, wybrałem jeden. Przyjrzyjmy się, żeby zobaczyć jak na nas działa. Nie będę się zajmował jego redakcją, ale postaram się wskazać kierunek, który przyszedł mi na myśl w trakcie jego lektury. Niech zostanie anonimowy. Pierwszy tekst – pisarki. Pozwólmy go sobie przeczytać w całości i w miarę uważnie. To dobrze robi, łatwiej będzie zobaczyć inna wersję tego tekstu, która zaproponuję potem.

„Budzę się przed budzikiem, w ostatniej chwili. Mam nadal zamknięte oczy. Teraz cała wsuwam w kokon z pościeli, by nasycić się ciepłem, o które walczyłam całą noc, śpiąc w pozycji embrionalnej. Ja embrion. Ja i nie ja. Jesteśmy tutaj wszystkie. Witam. Mam na kokonienie dziesięć minut. W macicy mojego łóżka prześcieradło jest gładkie, kołdra szorstka, a moje ciało ciepłe i miękkie. Dotykamy się w trójkę w ciemnościach. Prześcieradło przyciąga mnie i pozwala na rozluźnienie, ale jest jeszcze kołdra. Jej wykrochmalona skóra drapie moje ciało, kurczę się i cierpnę. Kołyszę się po milimetrze w lewo i w prawo, w dół i w górę i na skos, ścierając z siebie cierpkość mojej skóry. Naskórek lęku. Lęk naskórkowy. Kołdra traci swoją szorstkość i tworzymy nową, wspólną skórę, miejscami ostrożną i twardawą. Przez rozmiękczone miejsca wnika we mnie ciepło. Rozluźniam się. Rozprostowuję ręce, nogi i szyję. Staję się nową sobą. Osobą. Osą. Osbą. Oso. Osho. Są. Ą. Bą. O. Został jeszcze oddech. Najpierw rozchylam usta, które są suche na obrzeżach, a wilgotne w środku. Bawię się w ciche mlaskanie pozbawione słów. Początek wszystkiego. Za chwilę znów wyjdę na świat. Nowa stara ja”.

Z czym mamy tu do czynienia? Z pewnością ze sceną, w której narratorka pomiędzy przebudzeniem, a wyjściem z łóżka zostaje w nim, „sycąc się jego ciepłem”. Wybrzmiewa w tym tekście jednak coś jeszcze: coś jak przebudzenie, które jest też i „odnowieniem”. Scena ta napisana jest w specyficznym języku sięgającym do własnego, zmysłowego doświadczenia i opowiadania tego doświadczenia nam – osobom czytającym przez własne zmysły. Ważne jest to co ja – narratorka czuję/ czego doświadczam. Opowiedziane jest to na tyle gęsto, że czasem – mam wrażenie – ukryty przekaz czy rodząca się intuicja zostają trochę „zagadane” przez kolejne zdania. 
Spróbujmy zatem objąć myślą fragment i lekko go zredukować próbując wzmocnić jego ukryty sens. Wyglądałby tak:

„Budzę się przed budzikiem, w ostatniej chwili. Mam nadal zamknięte oczy. Teraz cała wsuwam w kokon z pościeli, by nasycić się ciepłem, o które walczyłam całą noc, śpiąc w pozycji embrionalnej. Ja embrion. Ja i nie ja. Jesteśmy tutaj wszystkie. Witam. Mam na kokonienie dziesięć minut. W macicy mojego łóżka prześcieradło jest gładkie, kołdra szorstka, a moje ciało ciepłe i miękkie. Dotykamy się w trójkę w ciemnościach. Prześcieradło przyciąga mnie i pozwala na rozluźnienie, ale jest jeszcze kołdra. Jej wykrochmalona skóra drapie moje ciało, kurczę się i cierpnę. Kołyszę się po milimetrze w lewo i w prawo, w dół i w górę i na skos, ścierając z siebie cierpkość mojej skóry. Naskórek lęku. Lęk naskórkowy. Kołdra traci swoją szorstkość i tworzymy nową, wspólną skórę, miejscami ostrożną i twardawą. Przez rozmiękczone miejsca wnika we mnie ciepło. Rozluźniam się. Rozprostowuję ręce, nogi i szyję. Staję się nową sobą. Osobą. Osą. Osbą. Oso. Osho. Są. Ą. Bą. O.

A tak wyglądałby nasz tekst po redukcji:

„Budzę się przed budzikiem. Mam nadal zamknięte oczy. Sycę się ciepłem, o które walczyłam całą noc śpiąc w pozycji embrionalnej. Ja embrion. Ja i nie ja. Prześcieradło jest gładkie, kołdra szorstka, a moje ciało ciepłe i miękkie. Dotykamy się w trójkę w ciemnościach. Kołyszę się po milimetrze w lewo i w prawo, ścierając z siebie cierpkość skóry. Kołdra traci swoją szorstkość i tworzymy nową, wspólną skórę. Rozluźniam się. Rozprostowuję ręce, nogi i szyję. Staję się nową sobą. Osobą. Osą. Osbą. Oso. Osho. Są. Ą. Bą. O. Został jeszcze oddech. Najpierw rozchylam usta. Bawię się w ciche mlaskanie pozbawione słów. Początek wszystkiego”

Lepiej? To nie ma znaczenia, czy lepiej, czy gorzej, z pewnością inaczej. Na pewno gęściej. Tekst już nie prowadzi nas przez myśli narratorki, ale przez redukcję wyciąga zmysłowe obrazy i z nich formułuje coś, co chyba było intencją pisarki: tą wspaniałą intuicję, która w przebudzeniu nakazuje nam zobaczyć własne odrodzenie.

Może pojawić się pytanie: dlaczego wyrzucałem te, a nie inne fragmenty? Odpowiedź jest prosta, ale zawiła jednocześnie: kierowałem się intuicją badając czy konkretny fragment ożywia mój umysł, czy kolejne obrazy coś wnoszą. Tam gdzie brakowało ożywienia, redukowałem. Ale też – i to jest być może ważniejsze – po początkowym czytaniu rozumiałem mniej więcej ukryty przekaz – jego sens i to, co chciała nam pokazać Autorka. Wzmocniłem to.