Newsletter_01_skupienie_i_podswiadomosc
Newsletter
Dwa rodzaje skupienia i podświadomość
Dziś Ernest Hemingway i jego ostatnia książka „Ruchome święto”. W sumie rzecz już wiekowa, bo po raz pierwszy wydana została w Polsce w roku 1966 (w tłumaczeniu B. Zielińskiego) ale wciąż na tyle interesująca, że warto się nad nią pochylić.
Kilka dni temu czytałem „Ruchome” i od razu poczułem przyjemne ciepło odnajdując w tekście te momenty, w których Hemingway pisze o sobie samym, piszącym. Mocy tym fragmentom dodaje fakt, że „Ruchome święto” to ostatnia książka, w której autor wraca do swoich młodzieńczych lat spędzonych w Paryżu. Mamy więc do czynienia ze spojrzeniem w przeszłość i ponownym zobaczeniem momentów, w których rodził się własny styl i własna technika pisarska. Całość „Ruchomego święta” to opisy ówczesnego Paryża i spotkań z niezwykłymi ludźmi – jak choćby Gertrudą Stein czy Scottem Fitzgeraldem, ale te ustępy o pisaniu, przynajmniej dla mnie, okazały się najważniejsze.
Przeczytajmy poniższy fragment:
Hemingway pisze:
Hemingway pisze:
„Opowiadanie pisało się samo i nadążałem za nim z trudnością. […] Potem wróciłem do pisania i wszedłem głęboko w opowiadanie, i zagubiłem się w nim. Teraz ja je pisałem i już nie pisało się samo, i nie podnosiłem wzroku, nie wiedziałem, która godzina, ani nie myślałem, gdzie jestem, i nie zamawiałem więcej rumu St. James. Miałem dość rumu St. James nie myśląc o tym. […] Po napisaniu opowiadania byłem zawsze pusty i zarazem smutny, i szczęśliwy jak po miłości i byłem pewny, że to jest bardzo dobre opowiadanie, chociaż nie miałem wiedzieć jak dobre naprawdę, dopóki bym go nie przeczytałe następnego dnia.”[1]
Co możemy znaleźć w powyższym fragmencie ciekawego? Przede wszystkim pojawiają się w nim dwa różne rodzaje pisania: w jednym osoba autora jest skupiona, a opowiadanie pisze się, jak sam mówi „samo”. W drugim również odnajdujemy skupienie, ale jest to już skupienie kogoś, kto „uporczywie popycha” tekst do przodu.
W tym pierwszym modelu pisania, osoba autora w jakiś przyjemny, niewymuszony sposób połączona jest z tematem tak mocno, że sam techniczny proces pisania działa poza jego uwagą. Osoba pisze, ale bardziej „przebywa” w tym co pisze. Nie zmaga się z wewnętrznym namysłem „jak pisać” ale poddaje się – tu brakuje języka więc będę nieprecyzyjny – tym obrazom, które przychodzą na tyle mocno, że to one, swoją własną intensywnością pozwalają mu pisać.
Jeśli osoba wykonuje jakąś pracę, to jedynie (i aż!) stara się utrzymać stan skupienia/ połączenia.
W tym pierwszym modelu pisania, osoba autora w jakiś przyjemny, niewymuszony sposób połączona jest z tematem tak mocno, że sam techniczny proces pisania działa poza jego uwagą. Osoba pisze, ale bardziej „przebywa” w tym co pisze. Nie zmaga się z wewnętrznym namysłem „jak pisać” ale poddaje się – tu brakuje języka więc będę nieprecyzyjny – tym obrazom, które przychodzą na tyle mocno, że to one, swoją własną intensywnością pozwalają mu pisać.
Jeśli osoba wykonuje jakąś pracę, to jedynie (i aż!) stara się utrzymać stan skupienia/ połączenia.
Potem jednak dochodzi do zerwania i zaczyna się trochę inne pisanie – to bardziej zwykłe, oparte na świadomej kalkulacji. Hemingway mówi o tym etapie, że teraz już to „on pisał”. Zauważcie: jest w tym drugim pisaniu i tak maksymalnie skupiony – ledwie rejestruje to, co dzieje się wokół niego. Ale głębia tego skupienia jest inna.
Wart uwagi jest jeszcze jeden fragment, w którym autor mówi nam o badaniu jakości swojego tekstu – robi to zawsze następnego dnia.
Oznacza to, że, badać jakość naszego tekstu warto po czasie, być może następnego dnia, może później, kiedy „odkleimy” się od niego i zerwiemy tę tajemniczą relację, którą nawiązaliśmy. Wtedy dopiero, po czasie, jesteśmy w stanie zobaczyć jak nam poszło.
A co jeśli nie idzie?
Hemingway szuka wówczas tego pierwszego, „prawdziwego zdania”, które uruchomi proces.
Hemingway szuka wówczas tego pierwszego, „prawdziwego zdania”, które uruchomi proces.
„Zawsze pracowałem, dopóki nie miałem czegoś zrobionego, i zawsze przestawałem wtedy, kiedy wiedziałem, co ma się zdarzyć potem. W ten sposób mogłem być pewny, że następnego dnia ruszę dalej. Ale czasami, gdy zaczynałem nowe opowiadanie i nie mogłem go ruszyć z miejsca, siadałem przed ogniem i wyciskałem skórki tych małych pomarańczek nad skrajem płomienia i przypatrywałem się jak pryskały błękitnie. Wstawałem, wyglądałem na dachy Paryża i myślałem: Nie martw się. Zawsze przedtem pisałeś i będziesz pisał teraz. Trzeba ci tylko napisać jedno, prawdziwe zdanie. Napisz najprawdziwsze zdanie, jakie znasz. – Więc w końcu pisałem jedno prawdziwe zdanie i od niego ruszałem dalej. Wtedy już szło łatwo, bo zawsze było jedno prawdziwe zdanie, które znałem albo widziałem czy słyszałem wypowiadane przez kogoś. Jeżeli zaczynałem pisać wymyślnie albo jak ktoś, kto wprowadza się czy prezentuje jakąś rzecz, przekonywałem się, że mogę wyciąć te zawijasy czy ornamenty, wyrzucić je i zacząć od pierwszego prostego, deklaratywnego zdania, jakie napisałem”[2].
Ależ to jest fragment!
Zostańmy najpierw przy dwóch pierwszych zdaniach, w których autor pokazuje nam wspaniałą naturę naszego umysłu. Zanim Hemingway kończy pracę, stara się wymyślić co będzie pisał następnego dnia. Oznacza to, że nie spisuje tego, co wymyślił natychmiast – na poczekaniu, a raczej bierze na warsztat to, co narodziło się w jego wyobraźni, w jego zmysłach dzień wcześniej.
Oczywiście chodzi tu o pewien rytm pracy, ale bardziej chodzi tu o pracę z własną podświadomością. Zostawienie tego, co chce się napisać, to tak naprawdę pozwolenie, aby to coś, ta myśl samodzielnie wzrastała i pracowała w naszej podświadomości. To wspaniały moment pisarski: mieć coś, co chce się zapisać i nosić to w sobie jako zmysłowe poczucie, które powoli narasta korzystając z naszej ludzkiej energii.
Oczywiście chodzi tu o pewien rytm pracy, ale bardziej chodzi tu o pracę z własną podświadomością. Zostawienie tego, co chce się napisać, to tak naprawdę pozwolenie, aby to coś, ta myśl samodzielnie wzrastała i pracowała w naszej podświadomości. To wspaniały moment pisarski: mieć coś, co chce się zapisać i nosić to w sobie jako zmysłowe poczucie, które powoli narasta korzystając z naszej ludzkiej energii.
Hemingway ten żywy ruch widzi również w przypadku rzeczy napisanych:
„[…] nauczyłem się też nie myśleć o tym, co pisałem, od chwili, gdy przestawałem pisać aż do momentu, kiedy znów zaczynałem następnego dnia. W ten sposób pracowała nad tym moja podświadomość, a jednocześnie słuchałem innych ludzi i – miałem nadzieję – zauważałem wszystko; i tę nadzieję, że się uczę, i czytałem, żeby nie myśleć o swojej pracy i nie stać się do niej niezdolnym.”[3]
A więc? Warto popróbować z noszeniem zmysłowych doświadczeń w głowie i oglądaniem ich, karmieniem ich swoją ważnością.
Potem już trzeba pisać i połączyć się z tym czymś w głowie na tyle na ile się da. Czasem przychodzi poczucie, że tekst pisze się sam.
Potem znów przestać pisać i przekierować zmysły na świat. Być uważną/ uważnym, żeby praktykować ważność i znów wrócić do pisania i zasilać swoją uważnością tekst, który będzie czytany jutro.
Potem już trzeba pisać i połączyć się z tym czymś w głowie na tyle na ile się da. Czasem przychodzi poczucie, że tekst pisze się sam.
Potem znów przestać pisać i przekierować zmysły na świat. Być uważną/ uważnym, żeby praktykować ważność i znów wrócić do pisania i zasilać swoją uważnością tekst, który będzie czytany jutro.
I tak dalej i dalej.
_ _ _ _
1 Ernest Hemingway, Ruchome święto, przeł. B. Zieliński, czytelnik, Warszawa 1966, s. 11
2 tamże s. 15
3 tamże s. 15