Newsletter

Krótko o przepisywaniu

No dobra, dziś możemy pogadać o sprawach trudnych, od których każdy woli odwrócić wzrok. Mówię o przepisywaniu własnych tekstów. 

Zaczynam z wysokiego tonu, bo z tego co zdążyłem zauważyć, większość z nas unika tego etapu jak może. Z jednej strony wydaje się on mało atrakcyjny – trzeba poprawiać coś, co wykonywało się niemal w locie, a w przepisywaniu widać, że jednak to flow, które nas ciągnęło, za wysoko nas nie poniosło. Z drugiej strony – nie chcemy swojego tekstu przepisywać, bo wydaje nam się to żmudną robotą daleką od tego, co wyobrażamy sobie jako „akt stwarzania”. Mówiąc wprost – samo pisanie kojarzy nam się z czymś świeżym, a przepisywanie z udręką. A przecież przepisywanie jest jedną z ważniejszych i piękniejszych części procesu twórczego.

Ale po kolei.

Załóżmy, że pracujemy nad większym tekstem — niech to będzie dziesięciostronicowy esej, którego pisanie zajmuje nam – powiedzmy – kilka dni. Przez pierwsze sześć dni zapełniamy papier, a dzięki temu – jednocześnie precyzujemy to, co tak naprawdę chcemy powiedzieć. Jest to etap trudny, bo jego rdzeniem jest myślenie – myślimy nad tym, co chcemy powiedzieć. Trudny jest również dla tego, że jest spiralny: im głębiej wchodzimy w temat, tym bardziej w naszym pisaniu odsłania się nam nasza własna nieprecyzyjność w sądzie i wizji. Więc znów przestawiamy i porządkujemy tekst. I tak w kółko.

Załóżmy jednak, że udało nam się w końcu uformować zręby tekstu i ma on już swój sens, ale wciąż nie „siedzi” w języku. Tu właśnie zaczyna się zabawa – nasz tekst już działa, ale  jego sedno – to co chcieliśmy przekazać – gdzieś gubi się  w czytaniu. Niby już tam jest, ale całość jednak się nie „spina”.  Niby wszystko zostało powiedziane, ale jednak tekst pozbawiony jest tego finalnego, oczekiwanego wydźwięku; tego czegoś, co powinno zostać po tekście, gdy osoba czytająca go odłoży.

Co zrobić z takim tekstem? Należy nadać mu – właśnie przez przepisywanie – płynności i rytmu, który nada wyrazistości naszym myślom. Słowem: trzeba zawalczyć o styl. I tu zaczyna się właściwa praca z językiem. 

Zdarza się, że dziesięciostronicowy tekst przepisujemy raz, potem drugi, trzeci, czasem dziesiąty i dopiero wtedy zaczyna on „płynąć”, a wraz z tym „płynięciem”  zaczyna wyraźnie wybrzmiewać to, co chcieliśmy powiedzieć. Bo styl mówienia, do którego zmierzamy przepisując, wzmacnia to, co jest mówione.

W przepisywaniu nie chodzi więc tylko o estetykę. Przepisywanie – mówiąc najprościej – polega na wzmacnianiu treści poprzez poprawianie jej formy.  Estetyka, a więc styl pozwala lepiej i pełniej odsłonić to, co chciało się przekazać. Bo styl to nie tylko aura, za pomocą której przekazujemy nasza opowieść. To również pewien poziom rozumienia świata, po którym idziemy mówiąc do innych. Im bardzie się do tego poziomu zbliżamy, tym sens naszego pisania bardziej się poprawia i klaruje. Przepisywanie to nie tylko szlifowanie języka. 

II

Czasem przepisując trzeba zmieniać zdanie po zdaniu. Wers po wersie. Czasem trzeba całe akapity przenosić, niektóre wątki podzielić, inne rozbudować. Czasem czujesz, że się kręcisz w kółko. Że wracasz do tego samego zdania piąty raz. I nigdy nie wiadomo, w którą stronę iść. Ale im bliżej końca tym praca staje się łatwiejsza i więcej czasu działamy w oparciu o intuicję. Trwa to zwykle długo; taka jest po prostu natura procesu – nie da się z góry przyjąć stylu, ani zaprojektować głosu. Trzeba to wypracować.

Ale wiadomo, kiedy można skończyć przepisywanie: jeśli otwierasz tekst po tygodniu i czujesz, że czytając go przeżywasz jeszcze raz to, co chciałeś/ chciałaś ulokować w swojej opowieści, to jesteś w domu. 

Możesz do niego zapraszać innych.


Piszesz się?

Już wkrótce – 27 maja rusza pięciodniowy warsztat otwierający "Pisanie jako proces". To dobre miejsce, żeby się zatrzymać, spojrzeć w siebie i otworzyć na pisanie.