Chandler czyli mistrzostwo opisu
Newsletter
Chandler czyli
mistrzostwo opisu
Z Raymondem Chandlerem spotykałem się właściwie od dzieciństwa. Trudno o nim nie słyszeć, jeśli w historii literatury zapisał się jako jeden z ważniejszych autorów kryminałów. Szczerze jednak mówiąc, nigdy nie podjąłem próby sprawdzenia jego „legendarnego” pisarstwa. Trochę dlatego, że do kryminału nigdy mnie nie ciągnęło, ale i dlatego, że miałem wrażenie, iż Chandler jest postacią na tyle rozpoznawalną, że cały ten jego „noir” nie może mnie zaskoczyć.
Sytuacja zmieniła się radykalnie dwa dni temu, kiedy odwiedziłem znajomych mieszkających na pograniczu Polski, Litwy i Białorusi. Łukasz i Ania mieszkają w małej wiosce z niezbyt dobrze działającym Internetem. Wziąłem ze sobą na wyjazd jedną książkę, ale nie miałem ochoty do niej zaglądać. Wieczorem jednak, przy słabym świetle lampki – sięgnąłem po coś z ich półki. Wypadło na książkę Chandlera „Żegnaj, laleczko” w starym tłumaczeniu E. Życieńskiej.
Od pierwszego zdania kryminał przyjemnie mnie zaskoczył, bo pod klasyczną formułą dostrzegłem coś niezwykłego – jakaś cechę języka, którym Chandler się posługiwał, która to cecha zamieniała zwykłe czytanie w coś, co przypomina, jeśli tylko sobie na to pozwolimy, doświadczenie przebywania w innym świecie. Dziś spróbuję pochylić się nad tą cechą chandlerowskiego języka.
No to lecimy.
Postacie w „Żegnaj, laleczko” wykonują na planie fabularnym gesty doskonale przewidywalne. Mamy słynnego detektywa Philipha Marlowe’a, tajemnicę, śledztwo – słowem – lecimy przez kartki i jednocześnie płyniemy przez klasykę gatunku. Nieoczywistość wynika jednak nie tyle z tytułowej postaci detektywa pijącego whisky wszędzie, gdzie się da, ale z tego w jaki sposób przedstawiony jest świat, po jakim porusza się nasz główny bohater.
Sposób w jaki opisana jest rzeczywistość, te wszystkie didaskalia – zamiast pełnić tylko funkcję informacyjną, nadają opisywanej rzeczywistości pewnej nieoczywistej cechy, która – uwaga – wyraźnie rzutuje na opowiadaną historię.
Dajmy tu próbkę:
„Dzień był ciepły, już prawie koniec marca, stanąłem przed fryzjernią i podniosłem oczy na jaskrawy neon lokalu „U Floriana” z pierwszego piętra. Neonowi przyglądał się jakiś facet. Spoglądał na zakurzone okna w ekstatycznym skupieniu jak imigrant z Europy, który pierwszy raz ujrzał Statuę Wolności. Był to olbrzymi mężczyzna, mniej więcej sześć stóp i pięć cali wzrostu, gruby jak cysterna na piwo. Stał kilka kroków dalej. Ręce zwiesił bezczynnie, spomiędzy olbrzymich paluchów dymiło mu zapomniane cygaro”.
Właściwie nic.
Po przeczytaniu kilkunastu stron rzuciłem się do szukania informacji o Chandlerze, a że Internet u moich przyjaciół działa słabo, zadowoliłem się pierwszym faktem, który – jakby nie było potwierdził moje intuicje czytelnicze – przeczytałem, że sposób, w jaki Chandler kreśli i wyznacza otoczenie – jak buduje dekoracje i opisy postaci – nadaje płaszczyźnie fabularnej dodatkowej głębi przestrzennej i emocjonalnej.
U Chandlera opis pokoju czy biura nie jest typowym opisem miejsca, w którym dzieje się akcja, ale staje się sposobem na jeszcze mocniejsze i zmysłowe oddanie nastroju opowieści. I nie chodzi tu o realistyczne odtworzenie szczegółów, tylko o wzbudzenie w czytelniku określonego uczucia. Chandler nie opisuje po to, żebyśmy zobaczyli, ale – powiedziałbym – żebyśmy poczuli.
Oczywiście każda pisząca osoba, jeśli chce stworzyć wiarygodny świat, musi w jakiś sposób go narysować. Ale spojrzenie Chandlera nie zatrzymuje się na umeblowanie pokoju czy wyglądzie postaci. Mówiąc najprościej – konstruuje on didaskalia nie po to, aby przedstawić tło zdarzeń, lecz aby wzmocnić sens. To chyba jest najtrafniejsze sformułowanie.
„Posiadłość numer 1644 przy Pięćdziesiątej Czwartej Ulicy Zachodniej okazała się wyblakłym, brunatnym domem z wyblakłym brunatnym trawnikiem od frontu. Wokół pnia nieśmiertelnej na pozór palmy łysiał nagi placek ziemi. Na ganku stał samotny drewniany fotel na biegunach, a wieczorny wietrzyk trzepał nie przyciętymi pędami zeszłorocznych poinsecji o popękany mur. Za domem na zardzewiałym drucie kołysał się skrzypiąc rząd sztywnych, niedopranych sztuk bielizny”.
I fragment drugi:
„Dzwonek nie działał, zapukałem więc w drewnianą ramę siatki w drzwiach. Zaszurały powolne kroki, drzwi się otworzyły i w półmroku pojawiła się przede mną, wycierając nos rozczochrana kobieta. Twarz miała szara i napuchniętą. Zwisające strąkami włosy były owego niezdecydowanego koloru ni to brązowego, ni blond, za martwe, żeby zachować żółty odcień, i za brudne, żeby mogły być siwe. Tęgie ciało okrywał bezkształtny flanelowy szlafrok od wielu miesięcy pozbawiony już koloru czy deseniu. Tyle, że ja okrywał. Z męskich, brązowych, rozdeptanych pantofli w sposób nie dający się ukryć, wyłaziły ogromne paluchy”.
Co tu mamy?
Można powiedzieć, że mamy spojrzenie detektywa, który wspaniale widzi i potrafi czytać z ludzi „jak z książki”. Opis u Chandlera jest zwykle dość szczegółowy. Jeśli detektyw przyjeżdża do domu numer 1644 przy Pięćdziesiątej Czwartej Ulicy Zachodniej, to spotkanie z jego właścicielką, zajmie nam uwaga – kilkanaście stron. Cały jeden rozdział. Chandler więc nie tylko dobrze, zmysłowo ilustruje, ale dodatkowo głęboko i wiernie – powiedziałbym – oddaje ruch postaci, to, co mówią i tak dalej. Dla ludzi piszących Chandler to cenna lekcja: można napisać jedenaście stron o jednej rozmowie, jeśli tylko zadba się o każdy detal przestrzeni i emocji.
Czas na krótkie wnioski
Po pierwsze – tą literaturę się widzi. Dzięki takiej, plastycznej, zmysłowej technice opisu, wiele książek Chandlera doczekało się ekranizacji.
Po drugie – każdy rozdział u Chandlera jest osobnym, precyzyjnie skonstruowanym modułem. Te miniaturowe opowieści składają się na większą całość.
I ostatnia wniosek – może najważniejszy. Jako osoby chcące pisać, zwykle funkcjonujemy w bardzo wąskim obiegu, w którym promowana jest literatura – nazwijmy ją – „wysoka”. Zapominamy jednocześnie, że większość literatury to „literatura środka” – otwarte opowiadanie wciągających historii. Sam przez lata nie sięgałem po Chandlera z przekonania, że to literatura zbyt „łatwa”, zbyt popularna. Było to typowe, elitarne złudzenie. Dziś widzę, że był to błąd. Chandler jest znakomitym nauczycielem stylu, który – choć popularny – jest jednocześnie precyzyjny, misternie skonstruowany i bogaty. Ale które pióro nie jest dla nas metodą na naukę rzemiosła?
m
[Raymond Chandler, „Żegnaj, laleczko”, przeł. E. Życieńska, Czytelnik 1978]