Newsletter_11_Bo_trzeba_się_szanować
Newsletter
Bo trzeba się szanować
Było jak zwykle: po kilku dniach rewolucyjny nastrój płynnie przeszedł w szereg pomniejszych konfliktów i wzajemnych oskarżeń, najprzeróżniejsze siły – choćby organizacje zrzeszające osoby piszące – wykorzystały moment do gruntowania własnej pozycji.
Na czym dziś stoimy? Wiemy już dużo. Polskim rynkiem książki rządzą dystrybutorzy (hurtownie) i to one zbierają poważną część przychodów ze sprzedaży książek.
Wiemy, że zarobki są małe, ale i mało książek się sprzedaje.
Mam jednak wrażenie, że dyskusja pominęła jeden ważny element całej tej literackiej i rynkowej układanki.
Rynek książki jest niejednorodny. Z jednej strony kształtują go bestsellerowe publikacje, które już jako propozycje wydawnicze dobrze się zapowiadają (choćby wspomniane „Chłopki”); z drugiej strony ten sam rynek to także publikacje, co do których nikt nie ma wątpliwości, że będą się ledwie sprzedawać, bo są to książki niszowe i wymagające – często wybitne, do których wydawcy najczęściej dokładają. Robią to, żeby konkretna książka się ukazała.
Ludzie piszą przecież z różnych powodów.
Jedno chcą pieniędzy, ale inni chcą pisać nie myśląc o kasie – uważają, że mają coś ważnego do powiedzenia. Mówię tu choćby o sobie – jeśli myślę o swoim pisaniu, a zajmuję się nim już od ćwierć wieku (debiutowałem w 2000), to nigdy nie zakładałem pisania książek dla pieniędzy. Mało tego – nigdy nie pisałem z myślą wychodzenia naprzeciw preferencjom czytelników. Moje pisanie od początku było eksperymentem i najprawdopodobniej takim eksperymentem już zostanie.
Problem w tym, że ten szlachetny sposób myślenia o pisaniu stawia nas – pisarki i pisarzy w fatalnej sytuacji negocjacyjnej, do której prędzej czy później dochodzi. W chwili podpisywania umowy wydawniczej my – idealiści godzimy się na wszystko, albo niemal wszystko, żeby tylko książka się ukazała. My – artyści – w negocjacjach stajemy się słabymi graczami.
Jeśli miałbym się więc doszukiwać źródeł całego problemu, to szukałbym go nie tylko w kształcie rynku, obecności pośredników, czy niewłaściwie skonstruowanych umowach ale i w samym micie pisarstwa i idącym za nim naszym „pisarskim mentalu”, który nakazuje nam zamykać oczy w chwili, kiedy oczy powinny być szeroko otwarte.
Debiutujące pisarki i pisarze zgadzają się na fatalne warunki finansowe nie tylko dla tego, że nie rozumieją trzech stron prawniczego języka, ale również dla tego, że postrzegają podpisanie umowy jako moment, w którym ich pragnienie bycia pisarką/ pisarzem się ziszcza. Wydając książkę realizują swoje marzenie. Potem ten model myślenia powtarza się przy kolejnych umowach.
Kwestia psychiki? Oczywiście. Ale również kwestia naszej, polskiej historii, tego wiecznego pragnienia awansu, „gonienia w górę” za wszelką cenę. Dlatego tak łatwo nami manipulować.
W chwili negocjacji warunków warto się zatrzymać i pomyśleć o sobie. Na chwilę zapomnieć o marzeniach i przeistoczyć się z artysty/ artystki w osobę prowadzącą działalność gospodarczą. Popatrzeć zimnym okiem i całą transakcję przeliczyć. Zapłacić prawnikowi. Szukać pomocy u bardziej doświadczonych kolegów i koleżanek. Zwykle wyliczenia pokazują, że i tak wydanie książki nie przyniesie wielkich pieniędzy, ale mimo wszystko warto się zabezpieczyć. Nie wiadomo przecież która z naszych publikacji będzie się sprzedawać przez lata.
Artystki i artyści powinni się szanować. Szczególnie oni.